Dziś pierwszy raz w tym tygodniu udało mi się pobiegać rano (krótki, ale szybki bieg-suuuuper) i po pracy (a dokładniej po zjedzeniu obiadu, pobawieniu się z dzidkami, zmywania części pierwszej)- 1,5 km [10 minut]. Czuję, że mogę przebiec tą trasę jeszcze szybciej. Zobaczymy jutro. Tak, jutro i w niedzielę muszę znaleźć czas na bieganie by wyrobić potrzebną obowiązkową normę 3 treningów w tygodniu.
I jeszcze refleksja dot. biegania z wózkiem, choć zupełnie niemiarodajna. Ostatnio by zdążyć do kancelarii, by być punktualnie pędziłam spory kawałek pchając przed sobą wózek z Dżazą i nie był to wysiłek przyjemny, a raczej był to wysiłek a nie przyjemność. Zupełnie nie idzie w parze wózek z bieganiem. Oczywiście w moim przypadku pod hasłem wózek kryje się tradycyjna gondolka. Może ktoś ma doświadczenie z wózkiem biegowym. Tak czy siak perspektywa biegania i pchania wózka jakiegokolwiek co jakiś czas jest mocno odpychająca. Nie raz już musiałam wracać ze spaceru z Jonusiem na rękach a wózek pchałam drugą ręką pozwalając by toczył się sam, a kiedy ręką już nie mogłam to pchałam wózek biodrem, brzuchem. Uśmiech nie gościł wtedy na mojej twarzy. W jednej gazecie znalazłam mini artykuł na ten temat, gdzie jest zalecenie aby bieg z wózkiem nie trwał więcej niż godzinę. Godzinę?!
Jeśli Tobie udał się ten wyczyn albo znajdujesz przyjemność w biegu z wózkiem, to bardzo proszę podziel się ze mną swym doświadczeniem.
K.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz