piątek, 17 maja 2013

Udało mi się w mój ściśle poukładany plan wcisnąć wczoraj bieganie... o godzinie 7 rano.

 Teraz kiedy znów pracuję i muszę każdego dnia ogarnąć: wyprawienie Małego do klubiku (a to oznacza zrobienie drugiego śniadania i obiadu do klubiku dla niego), zrobienie obiadu dla Mężusia i dla siebie do zabrania do pracy, ogarnięcie domu i siebie i to wszystko do godziny 11, ciężko jest znaleźć czas na bieganie. Dlatego też przez pierwsze dwa tygodnie powrotu do pracy bieganie odstawiłam kryjąc się za wymówką (rzeczywistego) zmęczenia oraz faktu, iż jestem pracującą mamą 2 malutkich dzieci, a do tego karmiącą, więc nie można ode mnie zbyt dużo wymagać. Podejrzewam, że jednak lenistwo miało w tym swój udział niemały. W każdym razie bieganie o 7 rano nie jest dobre, bo choć biegło mi się wspaniale- w bardzo szybkim tempie- to bieganie z burczącym brzuchem nie jest rozsądne i przyjemne, zwłaszcza kiedy z mijanej piekarni wydobywają się te cudowne zapachy pieczywa. Zatem teraz będę szukać, szukać innej dogodnej godziny pomiędzy przyjściem a wyjściem, pomiędzy rozpakowywaniem a zapakowywaniem. Wszystko po to aby bieganie nie dołączyło do mojej rozbudowanej listy chciejstw- aktywności, które chciałabym podjąć, ale z bliżej nie znanych powodów nie mogę z nimi przejść do etapu- robię.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz