Zabawna sytuacja miała miejsce podczas mojego porannego biegu do kancelarii. "Mój szef" widział ze swego auta jak biegam (czysty przypadek) i...... mierzył mi czas. Wyszło, że biegnę jakieś 10-11 km/h. Całkiem całkiem.
Droga była ok choć ucieszyło mnie, że złapały mnie światła bo akurat zaczęły mnie boleć łydki, więc takie truchtanie w miejscu było jak znalazł. Potem godzinna przerwa i w drogę! Biegło się wspaniale i o wiele lepiej i łatwiej, lżej niż z domu, w pierwszą stronę. Może to jest tak, że im dłużej się biegnie to ciało się bardziej rozkręca i większą jeszcze przyjemność z biegu odczuwając dalej i dłużej biec może.
Co do wprowadzania nawyku gimnastyki dwa razy dziennie, to dziś było ciężko. O ile bowiem Jaśminka zasnęła standardowo bez problemów po 19, o tyle Jonuś oświadczył, że spać nie potrzebuje. I rzeczywiście-te same książeczki czytaliśmy po kilka razy w wersjach- klasycznej od początku do końca, na opak-od końca do początku, oraz od ciekawego obrazka do końca i nietypowo- pod kołdrą schowani. Trwało to tak długo, że nawet nie wiem kiedy zasnęliśmy razem. Łóżeczko 120x60 spokojnie jest w stanie pomieścić naszą dwójkę, ba nawet i z Kluską się mieścimy. Obudził mnie dopiero Barteczek o 23.
Po maratonie książeczkowym miałam tylko jedną myśl w głowie- spać! mam w nosie gimnastykę, porządki. Jedna myśl jednak mnie trzymała- pranie czekające w pralce na rozwieszenie. Pomogło! Udało mi się pogimnastykować i nawet troszkę czasu poświęcić na inne obowiązki. Tyle tylko, że zrobiło się tak późno, że płyny już mi się nie zregenerują. By się zregenerowały trzeba położyć się i zasnąć przed 24. Tym razem się nie udało.A jutro czeka mnie praca od świtu i być może nagroda w postaci porannego biegania.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz